RSS
sobota, 02 sierpnia 2014

Walka o władzę, czyli kto ważniejszy?

Tak to już się w temacie porobiło, że każda z grup zawodowych zajmujących się szeroko pojętą informatyką jest niezadowolona. Najpierw wymieńmy może te grupy: informatycy, graficy, koderzy, copywriterzy, seowcy, sieciowcy, pozycjonerzy, swapperzy i pewnie mnóstwo innych, ale te są najpopularniejsze. O czym będzie? O tym, jak to przedstawiciele każdej z grup walczą o utrzymanie swojej grupy na szczycie hierarchii wartości i władzy. Oczywiście władzy nad tym kto jest najważniejszy! Ale kto wie? Może kiedyś powstaną Niezależne Samorządne Związki Zawodowe Informatyków dla przykładu? I co później? Takim scenariuszem rozwoju wypadków się zajmiemy.

W dzisiejszym, demokratycznym świecie, grupa znaczy wszystko. Aby mieć o czymś głos decydujący trzeba mieć jak największe poparcie w jakiejś grupie. Wiedzą to dobrze chłopcy wystawiający swoje produkcje na różnych parties, którzy zawczasu organizują sobie taką właśnie liczną, a więc wpływową grupę. Ale grupa to nie wszystko! Grupą zawsze musi ktoś pokierować i takie zapotrzebowanie zaspokajają jednostki wybitne, tudzież ambitne. Grupa bez przewodnika to tylko rozwrzeszczane stado miotające się na wszystkie strony. Jednostka wybitna, tudzież ambitna, bierze ten tłum za mordę, każe się zamknąć i narzuca swoje zdanie co w jakim przypadku wypada czynić. Jest to niewątpliwie zjawisko dobre, bo zapobiega anarchii i innym wynaturzeniom związanym z działalnością grupy. Niestety ma to i ujemne strony, gdyż często gęsto wybierane są rozwiązania nie do końca dobre, albo nawet i jeszcze gorsze (ciągle ciągnę przykład z chłopcami z parties!). W ten sposób światem może zacząć rządzić miernota, a że geniusze zdarzają się niezwykle rzadko, tak właśnie najczęściej się dzieje.

Każda z grup ma swoje argumenty na to, że to właśnie ona jest najlepsza, najdoskonalsza, jedyna i to właśnie ona jest najważniejsza. To oczywiście rodzi frustracje i uczucie niedocenienia u grup pozostałych, co niewątpliwie prowadzić musi do konfliktu. Ale może przyjrzyjmy się argumentom (kolejność całkowicie przypadkowa!). Oto graficy: są najważniejsi, gdyż bez nich żadna produkcja filmowa, projektowa czy growa nie nabrałaby tego wyrazu, jaki nabiera przez odpowiednie jej podrasowanie jakimś artem w stylu wczesnego Siudmaka, tudzież jakiegoś plagiatu z innego komiksu. Grafik daje poczucie piękna, estetycznej radości obcowania z produktem dobrym, ba, doskonałym! Gdyby nie grafik, to wszystko już dawno by pieprznęło i nie byłoby co zbierać. Po prostu ludzie nie oglądaliby czegoś, czego nie daje się oglądać. Grafik nadaje wszystkiemu wymiar artystycznego piękna, rozmach dawnych mistrzów renesansu lub innych epok, padają nazwiska tyleż sławne, co fundamentalne: Da Vinci, Michał Anioł, Rubens itd. Grafik ma pełną świadomość tworzenia za pomocą nowego medium, ma wizję swego rozmachu twórczego, widzi siebie w roli bohatera. To oczywiście stanowi o wartości grafika w oczach jego własnych i, obiektywnie rzecz biorąc, w oczach społeczności informatycznej.

Argumenty muzyków tworzących np. muzykę do gier odbiegają niedaleko od argumentów grafików, a to z tego powodu, że muzycy także są rzeźbiarzami dusz. Wyobraźmy sobie grę bez muzyki! Takie stworzenie istnieć nie może a jeżeli istnieje, to jest to niezwykła pomyłka i wynaturzenie. Muzyk scenowy, za pomocą rytmicznego walenia w takt takiego na przykład goa, transu czy innego techno, wbija de facto słuchającym do głowy co tak na prawdę według jego światopoglądu jest ważne. Wiadomo, że muzyka łagodzi obyczaje. Ale odwróćmy sytuację i pomyślmy co by się stało, gdyby taki muzyk postanowił przejąć władzę nad światem. Wypuszczane przez niego mody mogłyby podprogowo programować ludzi na jakieś, nie zawsze miłe, zachowania! Muzyk mógłby manipulować tłumem sącząc w jego uszy odpowiednie kawałki! Mógłby uzależnić i zahipnotyzować tłum rytmicznym waleniem! A wtedy tłum staje się jemu powolny i na świat informatyczny zwalają się plagi wszelkie możliwe, a muzyk zaczyna swe rządy nad światem. Czy wszystko jest już dla Was jasne? No właśnie, bądźcie wdzięczni muzykom, że jeszcze się do tego nie zabrali!

Jeśli chodzi o copywriterów, to sprawa jest całkiem prosta. Po pierwsze: copywriterów nie potrzebują ani muzycy, ani graficy, tym bardziej koderzy. Po drugie: copywriterzy potrzebują grafików, muzyków, a tym bardziej koderów (jeżeli mają ambicję stworzenia czegoś więcej niż ascii). Wniosek: copywriterzy mają zawsze przechlapane! Ale, ale! Nie wyciągajmy pochopnych wniosków! Słowo bowiem może być mieczem! Tak samo może być cięte, tak samo może być ostre, podobnie można nim władać. Copywriter ma w swoich dłoniach narzędzie, którym może zmienić koleje rzeczy i wmówić każdemu, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Czy ktoś z Was kiedyś zastanawiał się co może zwojować copywriter, który potrafi swe idee przedstawić w taki sposób, że nominalnie szczęka opada a ręce same rwą się do oklasków? Było już kilka takich przypadków w historii (ot choćby taki Hitler czy inny Mao Tse Tung). Jak więc widzicie siła słowa może decydować o losie całych narodów. I co wtedy? Wtedy nadchodzą rządy copywritera, zaczynają się czystki myślących inaczej, zaczyna się propaganda nienawiści do magów innych, bardziej na przykład kolorowych, zaczyna się propaganda sukcesu gdzie jak na dłoni widać Słuszną Drogę tego a nie innego portalu.

Ale co do powiedzenia, czy też może raczej - do zakodowania, mają koderzy? Koder jest tą cichą osobą, która nie wyróżniając się spektakularnie robi spektakularnie wyróżniające się rzeczy. To właśnie dzięki niemu wszystko przyjmuje określony kształt, wygląd. On spaja elementy łamigłówki, jaką są informatyczne produkcje w jedną, atrakcyjną, sensowną całość. Kochani, w ręku jego jest władza! I to namacalna, wyraźnie wyczuwalna! On jest Tworzycielem, Nadawcą Kształtu, Panem Zerojedynkowej Abstrakcji! I koder jest tego w pełni świadomy. Tak, jest to potężna moc. Jest to moc magiczna, przemawiająca do pod- i świadomości przez moc zaklęć w stylu Alpha Blending, PHP, C++, Zoomer, Java, Goraud Shading itd. Podprogowe przekazy dem, dla przeciętnego zjadacza chleba niezauważalne, służą tylko wysublimowanemu snuciu podstępnych intryg mających na celu władzę nad światem. Ileż to razy oglądając jakąś grę czy aplikację patrzyliśmy w ekran jak zahipnotyzowani tylko po to, by obudzić się kiedy ono wreszcie się skończy? Czy ktoś zdaje sobie sprawę jakie treści wtedy w nas wsączano? Czy ktoś wie jak został zauroczony wizją kodera? Czy ktoś zdaje sobie sprawę z tego, że podprogowa hipnoza już skazała go na wierne posłuszeństwo swojemu Panu? Nie!!! Spisek koderów jest bowiem doskonale maskowany: pod pozorem piękna matematyki przyobleczonej w formę na ekranie komputera, my, niczego nie spodziewający się prości zjadacze chleba, stajemy się powolnymi zabawkami w dłoniach koderów - inżynierów tłumu.

Jednak wszystkie wcześniejsze grupy nie mogłyby istnieć bez... swapperów! Jak bowiem dokonywałby się eksport ich idei, intryg, podprogowych przekazów, gdyby nie mrówcza praca swappera? Swapper nie ustępuje w niczym wcześniejszym grupom zawodowym. Ba, można zaryzykować stwierdzenie, że grupy te są wysoce od swapperów zależne. To swapper ustala warunki gry, to od niego zależy kto, gdzie i kiedy zostanie poddany praniu mózgu przez produkcje jego grupy. On jest sędzią i katem w jednej osobie. Każdy jest winny, każdy ma coś na sumieniu, on ma władzę wybrania tej osoby, która podlegnie karze. A kara jest okrutna! Gdy padnie na Was jego wybór stajecie wobec istnej rzeki, powodzi zalewających Was produkcji. Cieszycie się? NIE RÓBCIE TEGO! Swapper wymierza Wam odpowiednie dawki uzależniającego narkotyku, jakim są informatyczne produkcje. On prowadzi proces Waszego uzależnienia, ukierunkowuje go, skierowuje Wasze myśli na ten tor myślenia, który aktualnie mu odpowiada i służy jego celom. I oto jesteście już bezwolnymi zabawkami w jego rękach, całkowicie od niego uzależnionymi! Któż bowiem mógł wymyślić hasło "friendship rulez" jak nie swapperzy, którzy tym podstępnym sposobem wkradają się w umysły niczego nie spodziewających się ludzi. Friendship? Bzdura! Pod tym hasłem kryje się uzależnienie, kryją się przyszłe gułagi, przyszłe zniewolenie i całkowita zależność. Zacznie się dziać jak w "Roku 1984"...

Na wstępie mówiłem o wojnie pomiędzy grupami informatycznymi Tak właśnie się dzieje. Stawka jest wysoka: panowanie nad światem informatyki, dyktowanie swoich warunków, władza absolutna. Jednostki ambitne gromadzą się w grupę, której mroczne cele o wiele łatwiej będzie osiągnąć wspólnie niż osobno. Grupy snują pajęczą sieć intryg, wstrzykują jad w serca niczego nie spodziewających się fanatyków. Metody mają wysublimowane: praca organiczna przez powolne, czasochłonne i kosztowne, ale dające bardzo dobre wyniki rozsyłanie swoich produkcji wprost do rąk tkwiących w fatalnym błędzie ludzi; solidna praca na parties (jak myślicie, dlaczego tak wiele rzeczy jest tworzonych właśnie na parties? Kochani! Dopiero na miejscu widać jak wygląda sytuacja i dopiero na miejscu można stworzyć odpowiedni stuff, który zniewoli właśnie tych ludzi w właśnie tym miejscu!); nie zapominajmy o niebagatelnej roli Internetu... Właśnie, Internet. Dlaczego zrobił tak oszałamiającą karierę? Co się za tym kryje? Czyżby kolejne macki szeroko zakrojonego spisku? Czyżby działanie określonych sił i określonych ośrodków? Któż to może wiedzieć...

Co jednak wydarzyłoby się, gdyby jakaś grupa doszła do władzy nad światem informatyki? Przede wszystkim totalna czystka: kasacja wszystkich nieprawomyślnych twardzieli; kasacja wszystkich nieprawomyślnych ludzi; kasacja całej nieprawomyślnej sztuki i innego stuffu. Obowiązywać zaczęłyby tylko produkcje danej grupy. Copywriter, jako minister oświaty zakazałby pod karą śmierci czytania innych twórców. Te ich teksty zostałyby wprowadzone do szkół jako lektura obowiązkowa i jedyna. Muzyk z grafikiem, jako ministrowie kultury i sztuki, zabraliby się do palenia książek, obrazów, niszczenia rzeźb. Koder, jako minister finansów, nałożyłby takie podatki, że zawsze wszyscy będą coś winni fiskusowi. Tym bardziej, że wszelkie rachunki będą spisywane kodem szesnastkowym. Premierem tego całego towarzystwa byłby swapper - on koordynowałby działania poszczególnych ministerstw, on wyznaczałby cele dalszej działalności. Tak właśnie by to wyglądało... Czy jednak tak stać się musi?

19:46, maszgaga
Link Dodaj komentarz »

Czy polskie prawo jest do niczego? Na początek odniosę się do stwierdzenia, że polskie prawo jest do niczego. Piszący koncentrują się głównie na prawie karnym, więc tą też gałęzią prawa się zajmę, pomijając prawo cywilne, administracyjne oraz wiele innych. Otóż - polskie prawo karne nie jest może pozbawione wad, ale też nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że jest do niczego. Wręcz przeciwnie - jest całkiem w porządku, zwłaszcza prawo karne materialne (bo procedura karna jest - moim zdaniem - zbyt skomplikowana i sformalizowana; stąd właśnie przewlekłe, ciągnące się w nieskończoność procesy i dziwaczne - czasami - wyroki). Jeden z zarzutów pod adresem naszego prawa to jego łagodność. Otóż - całkowita nieprawda. Polskie prawo wcale nie jest jakoś szczególnie łagodne - kary przewidziane w Kodeksie Karnym uważam (a w zasadzie nie ja, tylko czołowi przedstawiciele polskiej nauki w tej dziedzinie) za akuratne: ani zbyt wysokie, ani zbyt niskie.

Ale nie to jest najważniejsze! Jeśli chodzi wam o prewencyjną rolę prawa karnego, nie wysokość zagrożenia karą odstrasza potencjalnych przestępców, ale skuteczność w ich łapaniu! Potencjalny przestępca nie liczy bowiem na to, że dostanie niższą czy wyższą karę - on po prostu liczy na to, że go w ogóle nie złapią! Sam wymiar potencjalnej kary nie ma znaczenia dla faktu popełnienia bądź nie przestępstwa. To po prostu - czego dowiodły badania - nie odstrasza. Odstrasza zaś skuteczność organów ścigania w łapaniu i szybkim skazywaniu - ale jeszcze raz podkreślę: sam wymiar kary ma znaczenie jedynie trzecio- bądź nawet czwartorzędne. Jeszcze raz więc w wielkim uproszczeniu: nie ma znaczenia, jak wysoki wyrok dostanę; liczy się, czy w ogóle go dostanę, czy mnie skażą, czy nie. Nie "na ile" mnie skażą, tylko "czy" mnie złapią i skażą. Kalkulowanie "na ile" zaczyna się dopiero *po* złapaniu; złapaniu, którego przestępcy chcą za wszelką cenę uniknąć. Dobrze tą sytuację ilustruje ironiczny rysunek w jednym z numerów "Wprost": bandyta stoi nad bezbronną ofiarą i mówi: nie pobiję cię ze skutkiem śmiertelnym, bo według projektu zaostrzonego Kodeksu Karnego grozi za to teraz 12 lat więzienia, a nie, jak dotąd, 10... I pamiętajmy - nie ma tu znaczenia to, co każdy z nas myśli czy czuje na ten temat; przedstawione przeze mnie twierdzenia są po prostu dowiedzionymi licznymi badaniami faktami, a z tymi się nie polemizuje. Nie ma w związku z tym sensu stawiać nowych więzień czy zaostrzać zbyt liberalny zdaniem niektórych Kodeks Karny - to, jak wszystko w naszym świecie, kosztuje (budowa więzień, utrzymanie więźniów), dużo lepiej byłoby te środki przeznaczyć na poprawę funkcjonowania organów ścigania, czyli policji oraz prokuratury, a także na dofinansowanie sądów (sędziowie są przeciążeni ogromną liczbą spraw i
potrzebne są pieniądze na dodatkowe etaty). Wtedy właśnie - i tylko wtedy możliwe jest zmniejszenie ilości przestępstw (a nie przez zaostrzanie wymiarów kary!). 

Tagi: prawo
19:31, maszgaga
Link Dodaj komentarz »
Pieniądze jak zarobić
Inwestowanie i Zarabianie
zainwestować, zarobić
Jak zdobyć kasę i inwestować

Zaglądam:
money.pl
finanse.wp.pl
bankier.pl